3 cze 2008

Odcinek 15

Nareszcie coś napisałam. Wenę to chyba M.N. Oddałam:D.
Denne, nic nie wnoszące. Możecie opuścić.
Pisałam na trzy, dlatego dziwna data, bo w tym dniu zaczęłam:D

"Kochanie damy radę"

Powoli wracała do siebie. Syn? Skąd? Jak? Kiedy? Marzyła by zadać te pytania przyjaciółce, lecz powstrzymała się. Wcale nie wątpiła teraz w ich przyjaźń, choć zawiodła się na czarnej. Znała ją doskonale, zdawała sobie sprawę, że Ver coś ukrywa. Wybaczyła jej to, jeszcze zanim poznała prawdę.
Kiedy otworzyła oczy, był przy niej Peter. Uśmiechnął się do niej szeroko i ucałował.
-Witaj aniele. - uśmiechnęła się do niego niemrawo. Nie miała jeszcze siły.
-Gdzie Veronika?
-Poszła. Wiedziała, że będziesz pytać, a nie chce ona nie chce o tym mówić. Ja również nie mogę ci nic powiedzieć, przysięgałem.
-Rozumiem... - odparła smutna. Mimo że wybaczyła, było jej przykro, że czarnowłosa nie chce jej wyjaśnić tej jakże dziwnej sprawy.
-Aniele, ona opowiedziała komuś tą historie i teraz bardzo żałuje, bo ten ktoś bardzo ją skrzywdził błędnymi podejrzeniami.
-Ale to był ktoś a nie ja! Ja bym nigdy jej o nic nie posądziła.
-Eliza, tą osobą był Bill. - blondynka spojrzała na niego zdziwiona. Jej kuzyn? Niemożliwe... -Wiem, że trudno ci w to uwierzyć, ale to prawda. - Dziewczyna przytaknęła. W tym momencie obiecała sobie, że porozmawia z Billem. To musi być jakieś nieporozumienie - powtarzała w myślach.
-Słyszałeś nowinę?
-Że Ver odnalazła Lexa? - blondynka znów przytaknęła. - Tak słyszałem i ciesze się niesamowicie. To jeden z najwspanialszych dni w moim życiu. Wszystko zaczyna sie układać.
Blondynka zamknęła oczy, pociągnęła czarnowłosego za rękę tak, że teraz leżał obok niej. Wtuliła się w niego. Wyobrażała sobie ich, razem za dziesięć może dwadzieścia lat. Ktoś powiedział kiedyś, że kochamy naprawdę, gdy potrafimy przedstawić sobie siebie i ukochaną osobę jako parę staruszków. Ona kochała, choć nie umiała tego uczynić. Ciągle młodzi, bo ciągle zakochani. Tak, cały czas widziała ich jako dwudziestolatków, którzy nie widzą świata poza sobą.

Kochaj mnie,
Kochaj mnie,
Kochaj mnie
nieprzytomnie
jak zapalniczka płomień
jak sucha studnia wodę
Kochaj mnie namiętnie tak
jakby świat sie skończyć miał.*

Jej marzenia przerwał telefon. Spojrzała na urządzenie, tak jakby to ono a nie osoba telefonująca było coś winne. Prychnęła, lekceważąc dźwięk.
-Odbierz. - Usłyszała głos czarnowłosego przy swoim uchu. Przyprawił on ją o dreszcze, spojrzała na niego a on skinął w stronę aparatu. Jęknęła i niechętnie podniosła się.
-No... - jęknęła, po podniesieniu słuchawki. Nawet nie spojrzała kto dzwoni.
-Cześć kuzyneczko! - odpowiedział radośnie chłopak po drugiej stronie. W blondynce się zagotowało, lecz nie dała tego po sobie poznać.
-Zadzwoń potem, musimy pogadać, a ja teraz nie mam czasu. - oznajmiła i rozłączyła się.

***

Siedziała z zamkniętymi oczyma na kanapie. Żałowała, że nie powiedziała jej prawdy od razu. Tak wiele wstydu i bólu mogła sobie zaoszczędzić. Była taka naiwna... Nie płakała, ostatnio robiła to coraz rzadziej.
Odstawiła na chwilę myśli o blondynce na dalszy plan. Musiała przygotować sie do rozprawy. Nie miała pojęcia skąd weźmie pieniądze na adwokata, ani jak trudna będzie rozprawa, ale wiedziała, że musi podjąć tę walkę. Od tego zależy szczęście jej oraz Lexa.
Wstała i ruszyła do kuchni. Zaparzyła sobie melisy, musiała uspokoić nerwy, poukładać skołatane myśli. Pragnęła teraz mieć przy sobie Petera, była od niego uzależniona, jak od żadnej rzeczy na tej planecie.
Odstawiła pusty kubek do zlewu. Ubrała kurtkę i wyszła. Nie zostawiła żadnej wiadomości, była pewna, że wróci przed swoim bratem. Jak zawsze kroki skierowała pod most. Uwielbiała go.
Usiadła na krawędzi nogi mocząc w lodowatej wodzie. Wydawało jej się to dziwne, ale chciała zobaczyć Kurza, miała takie marzenie, żeby zobaczyć go, upewnić się, że narkotyki do końca go jeszcze nie zabiły. Był żywym trupem - jak często określała go Veronika. Nie on jeden, każdy narkoman.
Usłyszała ciężkie kroki, odwróciła się i zobaczyła Lukasa.
-Marzenia jednak się spełniają. - powiedziała na tyle głośno, by chłopak usłyszał.
-Jakie?
-Chciałam cię zobaczyć i proszę, stoisz tu, przede mną.
-Dlaczego miałaś takie pragnienie? - oparł się niedbale o ścianę. Wyglądał naprawdę uroczo. Wiem, zadacie pytanie: jak narkoman może wyglądać ładnie? Może, bo brunet był przystojny, lecz wyniszczony. Mimo wszystko zachował w sobie coś z dawnych lat. Coś co przykuwało jak magnez, co sprawiało, że jemu nie dało się oprzeć.
-Bo się stęskniłam? - zapytała z głupią miną. On doskonale wiedział, że czarnowłosa nabija się z niego, więc puścił te słowa mimo uszu. - Martwię się o Ciebie, zostałeś jedyny. Crispin już dawno odszedł. - Powiedziała po chwili, dużo ciszej.
-Blaubeere... każdy kiedyś odejdzie.
-Nie filozofuj, Kurz. - uśmiechnął sie do niej serdecznie.
-Pamiętasz - powiedział pokazując jej jedno z graffiti. - To przy malowaniu tego dzieła zapaliłaś pierwszą trawkę.
-Tak, pamiętam doskonale. Żałuję...
-Nie powinnaś. Crispin nie chciałby tego.
-On nie chciał wielu rzeczy! I jak skończył!? Kurz, otwórz oczy! - krzyknęła, potrząsając chłopakiem.
-Dla mnie za późno, nawet jak pójdę się leczyć.
-Co ty gadasz, Kurz! Nigdy nie jest za późno.

Trzymajmy się razem,
ale
Kochanie damy radę,
ale,
Trzymajmy się razem**

-Kurz, nie jesteś sam. Pomogę Ci. - Powiedziała, gdy odchodził. Odwrócił się i spojrzał na nią.
-Dla mnie za późno, tak już zostanie. - rzekł i odszedł.
________________
*Perfekt - "Kołysanka dla nieznajomej"
**Happysad - "Damy radę" (ostatnio moja ukochana piosenka)


2 komentarze:

Anonimowy pisze...

kurde no, piąty raz piszę.
nie umiem się obsługiwać tu komentarzami.


przepraszam, że się nie rozpiszę, ale mnie wnerwił ten system ^^.

pięknie było, a ostatni dialog najlepszy x)

"dla mnie za późno, tak już zostanie"

schwelgerei.

Anonimowy pisze...

Oj, wybacz, że zabieram Wenę. ale Ty bez Weny i tak potrafisz pięknie pisać, a ja? nc -.-
Ładny rozdział, bardzo ładny. i ten tekst Kurza <3
pięknie, kochana ;*