"Biały śnieg, biała mgła"
"Miłość do Lexa jest większa niż miłość do jakiegokolwiek mężczyzny" to jedno, przeklęte, zdanie tłukło jej się w głowie bez przerwy. Słyszała je cały czas i zdawała sobie sprawę z tego, że nie ma już odwrotu. Zaciągnęła się papierosem i skręciła w ciemną uliczkę. Sama nie wiedziała po co wraca znów do klubu. Wyrzuciła niedopałek i stanęła przed metalowymi drzwiami. Nie zawahała się tak jak ostatnio i z całej siły uderzyła w nie. Po chwili ujrzała znajomego chłopaka, który uśmiechał się do niej zadziornie.
-Witaj Pfau, mogę się rozejrzeć?
-Ty zawsze. - Oznajmił, wpuszczając ją do środka. Weszła, podeszła do baru i zamówiła piwo. Nie wiedziała dlaczego to robi, przecież miała się ustatkować, zmienić, rzucić to wszystko w trzy diabły. A tym czasem przychodzi tu jak za dawnych czasów, u tego samego barmana zamawia piwo i ma ochotę podejść do stolików, by zapalić jointa. Skrzywiła się, wiedziała, że musi stąd uciekać, ale nie mogła. Przeszłość trzymała ją w ryzach, obdarzała pięknymi wspomnieniami, wytartym uczuciem bycia na haju. Tak bardzo chciała sobie przypomnieć jak to jest trzymać lufkę w dłoni. W tej chwili pragnęła tylko poczuć smak marihuany, zapomnieć, uczcić pamięć Kurza. To był ten dzień... Dzień jego śmierci. Tak wiele już czasu minęło, a ona ciągle czuła jego obecność. Wiedziała, że tak będzie, to samo działo się z nią po śmierci Crispina. Zagryzła wargi i pociągnęła łyk z kufla.
-Ted! - Zawołała barmana - Jest tu gdzieś Simon?
-U siebie, robi jakieś interesy. - Odparł zanosząc się śmiechem.
-Dzięki. Daj mi jeszcze dwa piwa. - Dodała uśmiechając się. Lubiła go, był chyba jedynym porządnym gościem pracującym w tej spelunie. Miał żonę i dwoje dzieci, nie dziwiła mu się, że pracuje w takim miejscu, wiedziała, że musi za coś utrzymać rodzinę. Wręcz przeciwnie podziwiała go, że tyle lat tam wytrzymał, ona miewała problemy z wysiedzeniem tam dziesięciu minut. Szczególnie przy barze, który zawsze był pełen zwyrodnialców.
Drzwi do gabinetu właściciela otworzyła kopniakiem. Zdziwiony blondyn oderwał się od jakiejś brunetki i spojrzał zdziwiony na Veronike.
-Blaubeere, co za miła niespodzianka - skinął na siedzącą na jego kolanach dziewczynę, ta wyszła od razu.
-Ładne robisz interesy. - Powiedziała Ver stawiając przed nim kufel piwa. - Pij, póki ci funduje.
-Takie interesy najbardziej lubię. - Odparł zanosząc się śmiechem. - Na nim najwięcej zarabiam.
-Dziwkarz. - Jednym słowem podsumowała go ciemnowłosa.
-Och... Przesadzasz moja droga. Gdyby nie to już by mnie tu nie było. Myślisz, że mój klub słynie z dobrego piwa czy muzyki? Mylisz się. Żyję dzięki dziwkom i prochom, bez nich ja i cały ten biznes nie istnieje. Zresztą zdaje mi się, że sama powinnaś sobie z tego zdawać sprawę.
-To twoja sprawa na czym zarabiasz. Jak dla mnie to możesz zaćpać pół świata i przerżnąć pół europy.
-Sama kiedyś paliłaś tu trawę.
-Stare czasy, teraz mam dla kogo żyć i nie muszę spędzać czasu w tanich burdelach.
-A jednak coś cię tu ciągnie.
-Pamięć po Kurzu.
-A tak - podniósł się z fotela. Podszedł do okna i spoglądał na bawiący się tłum, uwielbiał ten widok. Widząc ile jest osób, łatwo mógł obliczyć ile zarobi. Jak nic na świecie kochał pieniądze. - słyszałem, że kopnął w kalendarz, cóż tak kończy każdy ćpun, a on był jednym z największych. Szkoda mi go, bo gdy tu przychodził zawsze więcej zarabiałem. On zawsze przyciągał ludzi, zresztą tak jak ty. - Dodał odwracając się w jej stronę i posyłając jej uśmiech.
-Dobra pogadaliśmy sobie, to teraz mogę już iść.
-Zaczekaj. Mam coś nowego, nie próbowałaś jeszcze tego. Może chcesz? - Zapytał machając jej torebką z białym proszkiem przed oczyma.
Amfetaminowa siostra i ja
Biały śnieg, biała mgła
Obłęd spędzonych dni
To pomaga żyć
Amfetaminowa siostra i ja
Biały śnieg, biała mgła *
Siedział przy stole w kuchni. Dochodziła trzecia w nocy. Herbata, którą pił była zimna. Czekał już tylko, aż zacznie zamarzać. W sumie by mu to nie przeszkadzało, lubił mrożoną. Głowę oparł na łokciach i zaklnął pod nosem. Nienawidził czekać, choć kiedyś musiał to robić codziennie. Odzwyczaił się. Po raz kolejny spojrzał na zegarek, ale wskazówka jak zaczarowana tkwiła na tej samej godzinie. Gdyby nie sekundnik pomyślałby, że czas stanął w miejscu. Zrezygnowany uderzył pięściom w stół wylewając resztę napoju. W sumie to ucieszył się, że tak się stało, teraz będzie musiał posprzątać, zajmie się czymś a czas będzie mu szybciej leciał. Gdy tylko odłożył umyty kubek na suszarkę otworzyły się drzwi. Osoba, która nimi weszła zachowywała sie cicho, lecz zdawała sobie sprawę, że ktoś na nią czeka. Veronika weszła od razu do kuchni, nie ukrywała się, chciała mieć tę rozmowę za sobą. Teraz marzyła tylko o ciepłym łóżku.
-Gdzie byłaś? Martwiłem się! Lex nie chciał usnąć, płakał, chciał do Ciebie a ty nawet nie raczyłaś odebrać telefonu! - Krzyczał na nią brunet żwawo gestykulując.
-Rozładował się. - Odpowiedziała, machając mu aparatem przed oczyma. - Nie przesadzaj, nic się wielkiego nie stało. Musiałam uczcić pamięć Kurza... To już tyle lat... - Usiadła na najbliższym krześle i otarła łzy spływające jej po policzkach. Nie lubiła o nim wspominać, mówić. Uwielbiała go i chciała go mieć dla siebie, w swojej pamięci. Po co miała komukolwiek o nim przypominać, skoro nikt nie pamiętał o nim w dniu pogrzebu?
A wszystko dlatego, że jesteśmy przyjaciółmi.
Bo jesteśmy przyjaciółmi.
Niektórzy umarli, inni sobie poszli.
Przecież właśnie tutaj to wszystko przeżyliśmy.
Jesteśmy inni niż cała reszta, nawet jeżeli innych nie ma. **
-Ver? - Podszedł do niej. Otarł kolejną łzę i przytulił najmocniej jak potrafił. - Nie płacz, kochanie.
-To tak bardzo boli, Bill.
___
*Myslovitz - "Amfetaminowa siostra"
**Die Toten Hosen - "Freunde"